Alexander Hahn

Godzina Iluzji



#  0 8:25 wieczorem 18-tego marca, na dzieñ przed odlotem Artura Huygensa z Rzymu do Nowego Yorku, awaria g*owicy albo b*¼d oprogramowania na przenoœnym twardym dysku w u*amku sekundy zniszczy*y wiêkszoœæ ostatnich zapisów w jego komputerze. Specjalnie kupiony program wskrzesi* oko*o 1200 bezimiennych plików z dostawnej pamiêci, ale wiêkszoœæ wa¿nych i d*u¿szych dokumentów, których nie by* w stanie odtworzyæ, zosta*a zniekszta*cona w procesie rekonstrukcji. 
Od wielu dni przedziera* siê przez rozproszone resztki zniszczonych dokumentów, materia*ów badawczych i niejasnych tekstów, przetwarzanych i o¿ywianych obrazów, przez przypadkowe komendy napotykane wœród bez*adnych danych, zaszyfrowanych kiedyœ przez omy*kê i zabezpieczonych has*em nie do z*amania.
Pewien plik pojawia* siê stale we fragmentach skasowanych dawno temu wersji t*umaczenia z *aciny na angielski. By* to list Ignazio Angelucciego, wydany przez Athanasiusa Kirchera w "Ars Magna Lucis et Umbrae", rozdzia* "O mira¿ach", Rzym, 1646.

#  Sztuka zrobi*a klapê. Œmiech œcis*ego grona bywalców by* g*êboko szyderczy. 
"... istna groteska, absolutnie sztuczna i wrêcz impertynencka ..."
Artur Huygens z*o¿y* odbitkê recenzji i rêcznie napisany list, wsun¼* je do kieszeni p*aszcza i podniós* siê z miejsca. Gdy autobus stan¼*, skierowa* siê do wyjœcia i przedar* na ulicê przez t*um wsiadaj¼cych. Na koñcu bulwaru wy*ania* siê zrujnowany amfiteatr, odarty i nagi, dziwaczna operowa scenografia ustawiona w przyæmionym œwietle zmierzchu. Przez *uk g*ównego wejœcia stra¿nicy zaczêli ju¿ wyprowadzaæ zwiedzaj¼cych.
Grupa ¿ebraków majacz¼ca na skraju pola widzenia, chwilê póŸniej wyros*a tu¿ przed nim. Dziewczyna trzyma*a przy odkrytej piersi niemowlê. Podesz*a do Huygensa i przycisnê*a siê do niego mówi¼c coœ jakby: "Un Inganno?". Uœmiecha*a siê. Kiedy usi*owa* j¼ odsun¼æ, coœ poderwa*o go z ziemi i pchnê*o w stronê amfiteatru, w gmatwaninê *uków i korytarzy. W koñcu wydosta* siê na zewn¼trz i kr¼¿y* ponad dawn¼ aren¼.
Nieprzerwany strumieñ ludzi wynurza* siê i chowa* w odkryte podziemne pasa¿e, 
podnosz¼c siê i opadaj¼c jak procesja pielgrzymów, uwiêziona w paradoksalnej geometrii rodem z innej rzeczywistoœci.
Ciê¿ko zwali* siê na podium. Nag*a, powracaj¼ca wibracja w gardle, wyraŸnie s*yszalne szybkie uderzenia drobnych cz¼stek o jêzyczek, jak sygna* zwo*uj¼cy do niego pielgrzymów, podchodz¼ce do gard*a wymioty, rozlewaj¼ce siê w bajorko flegmy i œliny poœród gruzu. Z czerwonawej brei wy*oni*a siê urwana g*owa ma*ego p*aza.
Zaczerpn¼* powietrza.
—ebracy odeszli. Huygens sta* na pustej ulicy. List znikn¼*, a kiedy dotkn¼* obola*ego gard*a jego palce pokry*y siê œluzem.

#  Weneckie okiennice, które Huygens zawsze zamyka*, po otwarciu ods*oni*y widok na nocny zarys miasta. Nagle - nik*y b*ysk - i ogromny neon Martini zaœwieci* siê po raz pierwszy od czasu trzêsienia ziemi. Wisia* na poskrêcanym rusztowaniu niby jaskrawoczerwona planeta ponad wyszczerbionymi i potrzaskanymi dachami.
Pod oknem, siedem kondygnacji ni¿ej, w opustosza*ym parku hotelowym bladozielone niskie latarnie, wyrastaj¼ce spomiêdzy kêp wid*aków, oœwietla*y owalny basen poœrodku sztucznych ruin i niszczej¼cych przedmiotów.
Oko*o 12:30 w po*udnie zza murów ogrodu da* siê s*yszeæ brzêk t*uczonego szk*a. Potem w*¼czy* siê samochodowy alarm. Ziemia zaczê*a dr¿eæ z przeraŸliwym pog*osem, a po kilku minutach bezruchu seria coraz potê¿niejszych wstrz¼sów targnê*a miastem.
Neon zadygota*, litery zgas*y i czerwona tarcza spad*a na ulicê zablokowan¼ przez samochody uciekinierów opuszczaj¼cych miasto.

#  Deszcz przes¼cza* siê równomiernie przez mg*ê. Huygens wspina* siê œcie¿k¼ wiod¼c¼ przez sosnowy zagajnik do Obserwatorium, po*o¿onego na wzgórzu po zachodniej stronie miasta. Rozmiêk*e ligninowe chusteczki i zu¿yte prezerwatywy zaœciela*y czarne piaszczyste pod*o¿e. Gdzieniegdzie na polanach sta*y porzucone samochody. W niebieskim Fiacie Uno pieprzy*a siê para, nieœwiadoma obecnoœci dwóch mê¿czyzn stoj¼cych opodal z opuszczonymi spodniami i rêkami poruszaj¼cymi siê miarowo wewn¼trz bia*ych spodenek.
Obserwatorium zamkniêto kilka miesiêcy temu, po pierwszych wstrz¼sach. Zamek w drzwiach wie¿y by* wy*amany. Huygens wszed* do œrodka, b*ysn¼* fleszem i zatrzasn¼* drzwi.
Piêtro wy¿ej, pod sklepieniem rozpiêtym na stalowych wspornikach, czai*o siê spêkane  lustro ogromnego teleskopu. Usiad* w pokoju do obliczeñ poœród wy*¼czonych ekranów video i cyfrowych liczników ustawionych rzêdami wzd*u¿ œcian. Opodal ramiê z rysikiem zastyg*o na koñcu falistej czerwonej linii, w po*owie zakurzonego arkusza wykresu.
 

#  Balon zbli¿a* siê do hotelu mijaj¼c o jakieœ dwieœcie metrów bliŸniacze wie¿e klasztoru Minimi. Cz*owiek w gondoli podkrêci* oba p*omienie. Wzbijaj¼c siê spostrzeg* otwart¼ przestrzeñ hotelowego parku i zacz¼* zni¿aæ lot. Wyrzuci* kotwicê, która zaczepi*a o konar sosny.
Spl¼tana lina przechyli*a kosz na bok. Rozlewaj¼ce siê paliwo zap*onê*o z g*oœnym hukiem. Ogieñ rozprzestrzenia* siê b*yskawicznie, ogarniaj¼c urz¼dzenia, kosz, liny i, w mgnieniu oka, samego pilota. 
Maszyna gwa*townie szarpnê*a w górê, lina kotwicy pêk*a i uwolniony balon znów siê wzbi*, nios¼c p*on¼cego pilota na po*udniowy wschód, prosto w gêstwê milionów odlatuj¼cych szpaków.
Skry* siê w p*omieniu i jak pochodnia oœwietli* ptasi¼ ornamentacjê, zaszyfrowane znaki z p*ynnego szk*a wypisane na niebie niewidzialn¼ d*oni¼. Krótkotrwa*y popis zakoñczy* siê, iskry opad*y czarn¼ zas*on¼ na dziwaczny zarys miasta.

#  Œwiat*o, bij¼ce od wyœwietlanych na projektorze video nieokreœlonych antycznych zabytków, wytworów kultury i ludzkich kszta*tów, tworzy*o p*on¼cy strumieñ nietrwa*ych, niemal zanikaj¼cych refleksów na powierzchni bia*ych p*ytek posadzki. Ci¼g*y opad deszczu na obraz symulowa*y tysi¼ce ociekaj¼cych wod¼ igie* do strzykawek osadzonych rzêdami pod sufitem Muzeum Kirchera.
Obraz znikn¼* i deszcz usta*. —aluzje by*y odsuniête. Robotnicy koñczyli pakowanie tego, co pozosta*o w kolekcji z dzia*u eksperymentów fizycznych. Muzeum wielokrotnie pl¼drowano podczas trzêsienia ziemi i póŸniejszych, pe*nych zamêtu wydarzeñ.
Kurator - jezuita zaprowadzi* Huygensa do rozmontowanego perpetuum mobile, a potem znik* w labiryncie niezliczonych skrzyñ, piêtrz¼cych siê w kolejnych gabinetach osobliwoœci. Huygens sfilmowa* resztki kabli i urz¼dzeñ, a potem skierowa* kamerê na zlepek drobnych kryszta*ków antracenu, obrastaj¼cych koniuszki szklanych pipetek powleczonych metalem. Z rurek wytrysn¼* p*yn, by*o go coraz wiêcej; rozlewa* siê po ekranie z*o¿onym z tysi¼ca nak*adaj¼cych siê  *usek. £uski œcisnê*y siê, nagle na powierzchniê wydosta*a siê piana i natychmiast rozpad*a na drobniutkie, b*yszcz¼ce kuleczki. Wpadaj¼c na krystaliczn¼ siatkê ekranu ulega*y odbiciu i rozszczepieniu. Ich blask s*ab* i nasila* siê, wyczarowuj¼c migotliwy teatr cieni, okrutne widma przesz*oœci niepodobne do niczego, co Huygens kiedykolwiek widzia*. 
Kar*owaty stwór kuœtyka* w nawa*nicy cz¼stek œwiat*a. Zwróci* swe wy*upiaste oczy prosto do kamery i potkn¼* siê, upuszczaj¼c kawa*ek bursztynu. Gdy upada*, obraz zadrga*, potem zmala* i skupi* siê w kilku punktach, nikn¼cych poœród zak*óceñ na czarno-bia*ym ekraniku wizjera.
Huygens odsun¼* gwa*townie gumowy okular i wy*¼czy* kamerê.

#  Naci¼gn¼wszy na g*owê kaptur plastikowej peleryny, Huygens wspi¼* siê z wysi*kiem na jeden z kilku s*upów, stoj¼cych nadal poœród szcz¼tków zawalonej kolumnady. Wœród ruin wala*o siê kilka spêkanych kopu* - je tak¿e zniszczy* kataklizm, który nawiedzi* udrêczone miasto dwa tygodnie wczeœniej.
11 rano. Niebo by*o ca*kowicie bezchmurne. Od dwóch czy trzech minut miasto przebiega*y fale drgañ. Naraz budynki zatrzês*y siê i znaczna czêœæ miasta zapad*a siê w spêkan¼ ziemiê.
Jêki konaj¼cych, przeraŸliwe wycie na wpó* zasypanych pod ruinami ludzi i dzikie przera¿enie ocala*ych zamar*y w potwornym huku podziemnych grzmotów, za którym nadesz*a œciana ognia. D*ugie, bia*e chmury, poprzecinane ruchliwymi p*omieniami, pojawi*y siê nad jednym ze wzgórz za Obserwatorium. W mgnieniu oka zakry*y ca*y horyzont i zasypa*y rozpadaj¼ce siê miasto deszczem kamieni i popio*u. Uspokoi*o siê oko*o pi¼tej po po*udniu. M*ody wulkan pozostawa* niewidoczny za zas*on¼ ognia i dymu. Ukryta przed deszczem poœród od*amków i ruin, ma*a grupka wiernych wraz z ekip¼ telewizyjn¼ zebra*a siê, by odbyæ ostatni¼ audiencjê u papie¿a. Ksiê¿a i ochroniarze w cywilnych ubraniach rozdawali niewielkie, kryszta*owe krzy¿e ze zroœniêtych minera*ów, które w ogromnych iloœciach wyrzuci* wulkan.
W kazaniu "de crucibus prodigiosis", wyg*oszonym spod chwiej¼cego siê baldachimu podtrzymywanego przez czterech szwajcarów, arcykap*an wyczerpuj¼co objaœni* nadprzyrodzone oznaki bo¿ego gniewu. Ma*a dziewczynka obróci*a siê, trzymaj¼c w rêku kryszta* piroksenu w kszta*cie krzy¿a. Jej matka, stoj¼ca przed Huygensem, opuœci*a czarny woal i przy*¼czy*a siê do odmawiaj¼cych Ojcze Nasz. Podnios*a obie rêce do twarzy i kiedy papie¿ roz*o¿y* ramiona do ostatniego b*ogos*awieñstwa, nacisnê*a migawkê aparatu. B*ysk lampy dotar* poprzez gruzowisko a¿ do Ojca Œwiêtego i na zawsze utrwali* chwilê ich po*¼czenia. Nieœwiadoma cudzo*óstwa matki, dziewczynka obserwowa*a kryszta* rozpuszczaj¼cy siê w jej d*oniach.

#  Roz*upane skrzyd*a wiatraka uderzy*y kobietê, która unosi*a siê w ich orbicie, krwawi¼ca i owiniêta w poszarpane banda¿e. Cios wstrz¼sn¼* jej cia*em; skrzyd*a na moment zatrzyma*y siê, a potem przelecia*y przez ni¼, odrywaj¼c fragmenty cia*a i banda¿e. Wiatrak odzyska* rozpêd. Kobieta skinê*a na Huygensa i poda*a mu ulotkê o pokazie chodzenia po roz¿arzonych wêglach, w pobli¿u Obserwatorium, jeszcze w tym tygodniu.
Fakir i jego œwita przenieœli siê do nadaj¼cej siê wci¼¿ do zamieszkania czêœci hotelu, w którym gromadzili siê obcokrajowcy. Tymczasem mieszkañców miasta ewakuowano.

Cz*onkowie grupy fakira unosili siê pod wod¼ w ogrodowym basenie. Co jakiœ czas ich g*owy wynurza*y siê na powierzchniê, ale kiedy Huygens zapyta* o fakira, nikt nie odpowiedzia*. Na pozór nieœwiadomi jego nadejœcia kontynuowali swoj¼ dziwn¼ wodn¼ grê.
Huygens rozebra* siê i wœlizgn¼* do basenu. Jego stopy nie znalaz*y ¿adnego oparcia. Zapad* siê poprzez wierzchni¼ warstwê wody w ciep*¼, galaretowat¼ substancjê, w g¼bczast¼ sieæ przezroczystych komór w kszta*cie plastra miodu, które zdawa*y siê œlizgaæ czy mo¿e kurczyæ, a gdy œwiat*o ust¼pi*o ciemnoœci, owinê*y go i unieruchomi*y. Œwiat*o na powrót rozb*ys*o i forma rozpad*a siê. Huygens wyswobodzi* siê i, nagle razem z innymi, mkn¼* przez lepk¼ przestrzeñ ku powierzchni.  Zlepiali i rozdzielali szcz¼tki komórek i drobniutkich kulek, mo¿e po to, by skierowaæ je ku œwiat*u. Po wynurzeniu siê Huygens widzia* przez moment fakira, ale zanim zdo*a* siê odezwaæ zepchniêto go ku zawiesinie, która znów pêcznia*a, jakby szykuj¼c siê do nastêpnej rundy tej zwodniczej gry. 
Przez chwilê dryfowa* bezw*adnie poprzez nietrwa*e struktury, bezsilnie grzêzn¼c w kolejnych pow*okach.  
Lew¼ rêk¼ schwyta* unosz¼c¼ siê na wodzie bry*kê i natychmiast przedosta* siê przez czarne obicie na stacjê metra. Nadjecha* poci¼g œwie¿o pomalowany na odblaskowy oran¿. Fakir sta* nieco dalej na peronie. Kiedy poci¼g zwolni*, zacz¼* biec równolegle do niego, a¿ zrówna* siê z jego prêdkoœci¼. Ostro¿nie przycisn¼* d*onie do œciany wagonu, zwolni* odrobinê, by poci¼g przesun¼* siê jeszcze o d*ugoœæ ramienia i z gracj¼ przywar* do jego boku. 
Poci¼g nie zatrzyma* siê; przyspieszy*, mijaj¼c gêsty t*um pasa¿erów, którzy jak owady obsiadali jego boki, rytmicznie przesuwaj¼c siê i nieruchomiej¼c. Stacja metra oddala*a siê w œlad za znikaj¼cym poci¼giem i Huygens wyp*yn¼* na powierzchniê wody. 
Wyszed* z basenu odczuwaj¼c falê gor¼czki. Zacz¼* siê pociæ, czu* siê s*aby i ociê¿a*y, w ustach mia* suchoœæ i gorzki posmak.

#  Obrzydliwy fetor siarkowych oparów fumaroli stawa* siê nie do zniesienia, a ¿ar lawy by* coraz bardziej wyczuwalny. Huygens przechadza* siê wokó* Obserwatorium, tkwi¼cego teraz na zboczu m*odego wulkanu - gdy nagle stan¼* na wprost pe*zn¼cej powoli œciany lawy. 
Fakir wkroczy* boso do rowu wype*nionego law¼. Skin¼* na swoich uczniów, by pod¼¿yli za nim w kierunku g*ównego strumienia i, obserwowany przez dziesi¼tki kamer telewizyjnych, znikn¼* miêdzy czarnymi i roz¿arzonymi do czerwonoœci ska*ami. 
Huygens opuœci* bose stopy do rowu, zawaha* siê przez chwilê - nie czu* bólu ani gor¼ca - i wkroczy* w czeluœæ, która nagle rozwar*a siê miêdzy tocz¼cymi siê ska*ami. Jêzor stopionej materii przesun¼* go przez ruchomy labirynt ¿arz¼cych siê *uków i p*on¼cych korytarzy, w*¼czaj¼c go w powolny wir obejmuj¼cy ca*e Obserwatorium. Budynek skurczy* siê i zosta* zassany ci¼gn¼c w œlad za sob¼ strumieñ lawy, wulkan i rumowisko u jego stóp. Oderwany przez si*ê odœrodkow¼ Huygens zacz¼* wirowaæ i, próbuj¼c pochwyciæ kurcz¼cy siê krajobraz, wyrwa* lew¼ rêk¼ z jego powierzchni galaretowaty wycinek. Spirala zwinê*a siê w ma*ym zag*êbieniu, rozpad*a na dwa wiruj¼ce pasma i wniknê*a w œcianki bursztynu na jego d*oni. 
Poszczerbiony, czarny kszta*t zamkniêty by* wewn¼trz pó*przezroczystej skamienia*oœci z bladym napisem "Urbs Turrita" - "Miasto Wie¿" - wyrytym na jej p*askiej podstawie.
Huygens wsun¼* bursztyn do kieszeni. Wyszed* z opustosza*ego gabinetu i nie spostrzeg* utajonego œwiadka swojego odkrycia. 

© Alexander Hahn 1991
Wersja polska: Kasia Szotkowska

 

0 8:25 wieczorem...